Uwaga! Ten wpis ma ponad półtora roku. Jeżeli interesuje cie dany temat użyj blogowej wyszukiwarki lub zajrzyj do spisu treści istnieje bowiem spora szansa, że od tego czasu napisałem na ten temat coś jeszcze.

Schwartz opisuje bardzo wiele różnych aspektów ludzkiego życia - wyborów dokonujemy przecież nieustannie - lecz dla uproszczenia skupmy się przez chwilę na zwykłych zakupach. Niezależnie od tego co kupujemy - telewizor, lodówkę, komputer, cyfrówkę czy proszek do prania - na rynku istnieje niezliczona ilość ich wariantów. Mimo oczywistych różnic - cena, rozmiary, kolor, parametry techniczne - wszystkie jednak są do siebie dosyć podobne. Stając przed takim wyborem głupiejemy głównie z tego powodu, że wybieramy spośród tego samego. Wybór lodówka albo aparat jest prosty. Tymczasem wybór ta lodówka albo tamta lodówka jest mało istotny. Większość z porównywalnych parametrów ma znaczenie całkowicie drugorzędne. Decyduje albo cena, albo rozmiar albo kolor (w przypadku proszku i lodówki). Ostatecznie, niezależnie od tego co wybierzemy, i tak dostaniemy właściwie to samo. Każda pralka pierze, każdy telewizor wyświetla obraz, każdy komputer wyśle e-maila. Jeden lepiej drugi gorzej ale o ich użyteczności decydują szczegóły, których nie ma w specyfikacji, czy katalogu oraz nasze oczekiwania i doświadczenie.

Jednym słowem - jeśli nie wiemy czego właściwie szukamy nie ma też znaczenia co wybierzemy. Ponadto wszystkie współczesne techniki sprzedaży odwołują się do naszych emocji i instynktów a nie do rozumu co oznacza, że w istocie mają zburzyć resztki naszej świadomości i zastąpić je irracjonalnym pożądaniem a nie pomóc nam w wyborze. Kupując jesteśmy poddawani dyskretnej, profesjonalnie przygotowanej presji, a co za tym idzie, stajemy się jeszcze bardziej nieświadomi własnych potrzeb niż wtedy gdy podejmujemy inne podobne decyzje - czyli gdy np. wybieramy kogo zaprosić na randkę lub co zjeść na obiad. Parafrazując znane porzekadło, im dalej w sklep tym więcej wątpliwości. Zresztą nawet bez całego tego sugestywnego podszeptywania wiedzieć nie jest wcale tak łatwo - wraz z rozwojem techniki, nauki i telekomunikacji itd. coraz trudniej dobrze orientować się we wszystkim. Świat stał się przez ostatnie 100 lat bardzo skomplikowany, siłą rzeczy więc jesteśmy skazani na korzystanie ze skrótów - a te bywają nieprawdziwe, półprawdziwe, sprzeczne, niepotrzebne i tak dalej i tym podobne. Nic zatem dziwnego, iż bombardowani nieprzerwanym zalewem różnych informacji wpadamy szybko w stan dystrakcji, i że witamy z radością każdego przewodnika, zapominając wszakże, że może on iść w zupełnie inną stronę nim my…

To jednak nie stanowi jeszcze właściwego problemu. Skoro wszyscy wokoło przekonują “kup mnie, wybierz mnie, jestem lepszy!” wybór przenosi się po prostu na inny poziom. Zamiast porównywać produkty, porównujemy retorykę i składane obietnice. Prawdziwy problem stanowi dopiero przeniesienie tego modelu na nasze wyobrażenie świata. Słowo jest plastyczne - rzeczywistość raczej twarda. Łatwo uwierzyć, że coś tam staje się z roku na rok jeszcze lepsze, trudniej pogodzić się z tym, że nas to omija bo przecież my już wybraliśmy. Klamka zapadła. W efekcie rodzi się w nas niepewność i dyskomfort - nęka nas świadomość, że zawsze można było wybrać lepiej a zamiast radości - mam nową lodówkę! mam nowy aparat! - dostajemy poczucie niespełnienia. Wielkie sklepy i internet pełen jest takich skołowanych i nieszczęśliwych ludzi poszukujących technicznego świętego Graala, tracących czas na pozbawione znaczenia dywagacje, spory i porównania. Tymczasem satysfakcji nie da się kupić - trzeba ją poczuć. A to okazuje się niemożliwe - kupiliśmy przecież przedmiot a nie nowe życie. Wróćmy jednak do ekonomii - szeroki wybór to jedna z podstaw rynku. Im więcej nań konkurencyjnych produktów tym lepiej - spada cena, producenci bardziej się starają i tym podobne.

Warto jednak pamiętać, że rynek jest homeostatem. Konkurencji nie trzeba wcale sztucznie wytwarzać - wystarczy jej tylko nie przeszkadzać. Jeśli na rynku pojawi się jakiś produkt i odniesie sukces, zawsze znajdzie się ktoś kto będzie chciał go powtórzyć. Jeśli potrafi to zrobić lepiej i taniej - powstanie konkurencja. Jeśli nie, konkurencji nie będzie. Tak jest np. w przypadku iPhona. Mamy na rynku ileś tam tak zwanych iphone-killerów lecz na razie żaden - poza może Palmem - nie stanowi dla niego prawdziwego wyzwania. Czy iPhone staje się przez to gorszy? Nie. Czy mógłby być lepszy? Oczywiście - ale to nie zależy wcale od konkurencji. Nie tak dawno iPhona przecież nie było wcale - siłą rzeczy więc nie miał też żadnej bezpośredniej konkurencji - a Apple nie istniało na rynku telefonów komórkowych. A mimo to iPhone powstał. Zupełnie tak samo jak samochód - zanim go wynaleziono ludzie przecież podróżowali, przewozili towary i tak dalej. Tyle że w inny sposób. Oczywiście, samochód szybko stał się konkurencją dla dotychczasowych rozwiązań - tak jak iPhone dla komórek - ale trudno powiedzieć że powstał dzięki nim - prawda? Reasumując - to nie brak konkurencji jest zły ale brak dostępu do rynku. Nie wolno mylić jednego z drugim.

Rzecz jasna - gdy na rynku istnieje konkurencja możemy wybierać. Producenci walczą ze sobą o nasze portfele, spada więc ryzyko, że przepłacimy lub kupimy towar kiepskiej jakości - to jednak wymaga konkurencji prawdziwej, w której przegrywa słabszy i wygrywa lepszy, a nie pozornej opartej na umownym podziale i regulacjach. Weźmy za przykład kłopoty Microsoftu z Internet Explorerem. Co jakiś czas różne rządowe i pozarządowe organizacje próbują nań wymusić usunięcie przeglądarki z systemu. Explorer jest kiepski, zacofany i niebezpieczny więc żądania te wzbudzają powszechną aprobatę. Mimo iż są zupełnie nonsensowne. Microsoft przecież nie zabrania - ani nie utrudnia - instalowania i używania dodatkowych przeglądarek. Skoro Google, Apple czy Opera mogą stworzyć własną przeglądarkę to dlaczego Microsoft już nie? Dlatego że przed laty wykosił Netscape? Wykosił bo był lepszy, tańszy i łatwiej dostępny. Wykosił z premedytacją i bezwzględnie. Pewnie że tak - co w tym złego? Dzięki temu dostaliśmy za darmo lepszy program…

Co więcej, przykład Firefoxa i innych przeglądarek pokazuje, że było to tylko chwilowe zwycięstwo. Owszem, porażka Netscape spowodowała potem kilkuletni regres ale przecież dziś - mimo tego iż IE jest w systemie stale obecny - ludzie masowo używają Firefoxa. A im jest ich więcej tym bardziej jaskrawo widać przegraną Explorera - mimo że przecież cały czas strzela z tej samej ciężkiej artylerii. Jeszcze parę lat i będzie pozamiatane - albo też IE przestanie być taki kiepski. Słowem, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Gdyby jednak, lat temu jedenaście, Netscape na mocy jakiejś umowy i zakazów nie upadł dziś zamiast tryumfującego Firefoxa mielibyśmy nie jeden a dwa fatalne i rozkładające się ze starości produkty. Fałszywy jest także argument, że Microsoft ma łatwiej z racji dystrybucji programu z Windowsem. Facet który mieszka w domku też ma łatwiej od tego, który śpi pod mostem - warto jednak pamiętać, że najpierw musiał go sobie wybudować. Trudno powiedzieć, że to znaczy łatwiej, prawda? Trudno też zabronić komuś zbierania owoców na które sobie zapracował…

Oczywiście, Microsoft ma obecnie tak duży udział w rynku, że faktycznie jest monopolistą. Ale jak uczy historia - nie ma wiecznych imperiów. Tymczasem urzędowe uznanie go za jakaś wspólną, dostępną dla wszystkich platformę to ruch, który w konsekwencji tylko umocni jego rynkową pozycję i ustawi cały rynek w roli klienta. Prowadzi to do sytuacji w której - gdy tylko na rynku pojawi się jakaś prawdziwa i groźna konkurencja - usłyszymy, iż nie jest to wcale problem Microsoftu ale i nas wszystkich. Upadek Windows pociągnie za sobą przecież także wiele innych firm, które dzięki niemu i wcześniej przyjętym regulacjom świetnie sobie prosperują. Słowem, usłyszymy że nie tylko jest za duży by upaść - bo “wiele osób straci pracę” - ale też, że jest nam wszystkim niezmiernie potrzebny - bo inaczej “wiele osób straci pracę” i zawali się “ważna społecznie gałąź gospodarki”. Lub tym podobne. A stąd już tylko krok do interwencji różnych rządowych i pozarządowych organizacji, które radośnie i z pełnym przekonaniem zabetonują obecną sytuację na kolejne dwie czy trzy dekady. Mogliście to ostatnio obserwować gdy nacjonalizowano amerykańskie czy angielskie banki. Wszystkie te instytucje nie walczą bowiem wcale o zasady, o wolny wybór, o większą konkurencję czy o wolny rynek ale o ich przeciwieństwo. One chcą udzielać pozwoleń i zabraniać w imię tych wartości. Prawdziwą stawką w tej grze jest władza a jej legitymacją wola większości. A ta jak wiadomo nie tylko łatwo zmienia zdanie ale też łatwo daje się sterować.

Dziś na celowniku jest Microsoft, jutro będzie Apple, pojutrze Palm a za kilka lat każdy z nas. W imię tak zwanego dobra ogółu. Zagadką pozostaje jedynie fakt, dlaczego dobro ogółu nie jest tożsame z dobrem składających się nań podmiotów i jednostek…? A jeśli tak to nie jest to wcale “dobro ogółu” a jedynie sprytnie zharmonizowany z opinią społeczną interes. Ale to temat na inny - i zapewne równie długi - tekst. Reasumując - gospodarka jest jak rzeka. Można na niej budować tamy, zmieniać koryto, żeglować i tak dalej ale nie da się jej zatrzymać. Nawet w czasach kryzysów, rewolucji, wojen i biedy zawsze istniał tzw. czarny rynek. Mimo zakazów, surowych kar, zwiększonego ryzyka grabieży czy szybkiego i niezawinionego bankructwa. Wszystkie te przeszkody powodują tylko wzrost cen i zmniejszenie prawdziwej konkurencji - przez co szkodzą ludziom - ale nie samemu przepływowi pieniądza. Słowem, każda taka tama utrudnia życie zamiast je poprawić - pozwala za to dzielnym budowniczym skierować mały strumyczek do własnego wiaderka lub zabrać go komuś innemu… I tylko tyle. Taka jest właśnie prawdziwa natura każdej ekonomicznej regulacji - warto mieć tego świadomość. Dobrze - dość tych dygresji. Wróćmy do sedna - z jednej strony wiemy, że im większa konkurencja tym lepiej a z drugiej, że im większy wybór tym gorzej. Jak połączyć ze sobą te dwie sprzeczności?

Otóż cały sekret w tym, że wystarczy je tylko ze sobą zetknąć. Jak mawiał Paracelsus - przede wszystkim liczy się dawka. Wiemy już, że ważny jest otwarty dostęp do rynku a nie duża ilość podobnych do siebie produktów. Wiemy też, że gdy konkuruje ze sobą kilka złych rozwiązań i tak nie mamy wyboru - wybieramy wprawdzie tzw. “mniejsze zło” ale w istocie to tylko gra pozorów mająca osłonić prawdziwą naturę oszustwa. Czego przykładem w ekonomii jest klasyczny oligopol, a w polityce choćby ordynacja proporcjonalna. Wiemy, że nieświadomy wybór przypomina losowanie - gdy rzucamy monetą mamy większe prawdopodobieństwo trafienia obstawianego rezultatu, niż gdy rzucimy kostką. Wiemy też, że wielka mnogość podobnych do siebie rozwiązań to w istocie żadna konkurencja - w takiej sytuacji z równym skutkiem możemy wybrać cokolwiek, a wszystko może pochodzić z jednej fabryki. Co za różnica? Wiemy też, że konkurencji nie da się narzucić siłą. Wiemy także, że świadomy wybór wymaga konkretnego produktu i właściwie nie zależy od oferty konkurencji. Pomaga tu wprawdzie duża ilość ale różnych od siebie produktów czyli innowacyjne, niepowtarzalne projekty. Słowem, to konkurencja na poziomie idei, koncepcji i pomysłów a nie produkcji. I to właśnie jest jedyna prawdziwa konkurencja i jedyne rozsądne kryterium doboru. A takich produktów jest z oczywistych względów niewiele. I problem znika…
Żeby nie było całkiem off-topic mam dla was pytanie - na makach można używać różnych dystrybucji Linuxa, różnych wersji Windows a zdecydowana większość i tak wybiera OS X. Dlaczego?




2005-2009 by 


komentarzy: 15
link
Z tego samego powodu który przyświeca tym wszystkim użytkownikom Komputerów PC którzy mimo możliwości zainstalowania innych systemów używają jednak Windowsa? Mają go od razu zainstalowanego
chociaż prawdą jest, że mac’i wybiera się właśnie z powodu ich systemu operacyjnego, a nie niewyobrażalnych parametrów techniczych.
link
Wszystko ładnie i pięknie ale strona nadal się rozjeżdża
link
@Peelar - co sie rozjezdza? pod jaka przegladarka?
link
Ładny tekst, troszkę przydługawy, ale dobry na niedzielne popołudnie
Co do pytania na końcu - moim zdaniem z OS X jest tak, że jest tak bardzo stabilny jak linux, a zarazem tak prosty (a może i prostszy) w obsłudze jak Windows… Linux póki co się nie przyjął właśnie ze względów na prostotę użytkownia…
link
Ciekawie piszesz, Bartku, jak zwykle. Lecz nie rozdzielasz swoich myśli i tworzy się taka papko-rzeczka.
Jeśli ktoś czyta Cię regularnie, może mieć wrażenie, że 1. po raz kolejny piszesz o tym samym, bo wciąż pojawiają się te same wątki, którym nadajesz tę samą hierarchię, 2. tak naprawdę trudno określić o czym piszesz, bo wielość wątków i dygresji, przesłanek i wniosków przeszkadza wyłowić sens (nie mówię, że nie da się) lub trudno wybrać główny sens (wątek).
Ten wpis mógłbyś spokojnie rozbić na kilka i wcale nie umniejszałoby to wartości treści, a pozwoliłoby Ci przekazać konkretne, uporządkowane myśli. Oczywiście nie twierdzę, że tak musi być, bo każdy pracuje nad swoim stylem sam - to po prostu mój prywatny, czytelnika, odbiór.
Myślę, że w pisaniu takim jak Twoje, ważne jest uporządkowanie - daje to wrażenie, że autorowi o coś chodzi, a nie tylko uprawia taką “niedzielną filozofię” - pogaduchy przy obiedzie, z których niewiele wynika.
Pozdrawiam.
link
A ja akurat aprobuje takie długie teksty, miło się czyta .
Ale co do łatwości obsługi linux to nie zgadzam się w pełni, bo Ubuntu posiada przyjazne GUI do normalnego użytkowania. To jest sprawa mitów nt. linuxa, co prawda istnieje debian ale jest skierowany do innej grupy odbiorców. Jednak nie zamierzam faworyzować systemu z maskotką pingwina bo jestem użytkownikiem wszystkich wymienionych platform.
link
rozjezdza sie pod Opera.
link
o tym wiem ale niestety nie potrafie sobie z tym poradzic
link
Całkowicie z tobą się zgadzam, Bartku, dla użytkowkina “świadomego swych potrzeb” jest istotny sam “pomysł produktu” odpowiadający jego, użytkownika, “potrzebom”, więc w istocie to pomysł, koncepcja, oraz jego realizacja stanowią istotę innowacji, czyli tym samym sedno konkurencji. Przykład: Magic Safe, Multitouch, wskaźnik ładowania na wtyczce zasilacza, Obudowa unibody Aluminium, na przykładzie MacBook, czy JPEG Geotagging w iPhoto (od ilu lat rozwijają się Cyfrówki oraz oprogramowanie do nie, lecz dlaczegoś dokładając coraz to nowe programy tematyczne nikt nie wpadł na pomysł połączyć sortowanie z lokalizacjami i GPS) oraz Lekcje gry na Instrumentach w GarageBang, w każdym razie przykłady można mnożyć i to dosłownie na każdym nowym produkcie, udanym, bądź nie, Apple. Za każdym razem mamy doczynienie z nowym pomysłem, miast tylko szybszego czy pojemniejszego klonu IBM PC. Więc wniosek jest prosty: Bardzo nie wiele jest użytkowników świadomych własnych potrzeb, oraz jeszcze mniejsza liczba dokonuje zakupu na je podstawie, świadomi swych pragnień oraz ograniczeń zakupionych towarów, są szczęśliwi ze swojej decyzji. Natomiast osoby niemające określonych celów, zazwyczaj porażające w kierunku ekscytacji megaherzami, gigabajtami, jak największą liczbą funcji czy modnościa określonego towaru, są nieszczęśliwi wyborem, nie mogąc wypełnić podstawowych zadań stawianych określonemu rodzaju sprzętu, stąd się i biorą dziwaczne stwierdzenia o jednakowości Windows i OS X, olbrzymiej awaryjności Maców czy sztucznych ograniczeniach narzucanych przez Apple w postaci braku: MMS czy 1000 1 opcji w Mac OS, dla każdego Laika :-))
link
czytam cie czasami, ale ostatnio wychodza ostatnio jakies “papki” literowe…
link
Zgadzam się z autorem, a szczególnie z przykładem interwencji rządowych. Takie przypadki przytaczał znany amerykański ekonomista (nie pamiętam nazwiska, ale na literę F), który w programie poświęconym wolnemu rynkowi (emitowanym również swojego czasu w tvp), udowadniając przy tym, że większość tego typu interwencji poniosła fiasko…
link
Explorer ma 7x większy udział w rynku, niż Firefox. Nie wierzę, że Explorer jest 7x lepszy od Firefoksa. Tu wyraźnie działa dodatkowy czynnik tłumiący konkurencję.
link
oczywiscie ze dziala - ie jest dostepny ootb a ffoxa trzeba doinstalowac - nie kazdy to robi. jest to jednak wybor uzytkownika i nie mozna obwiniac z tego powodu microsoftu
link
Ten pan na F to Milton Friedman, noblista zmarły niedawno.
Niestety, obecnie rządzący światem zapatrzeni są w Keynesa…
link
Fajnie wykorzystałeś prawa Murphego w twoim artykule. Zresztą cały artykuł jest niezły.
Inni napisali
[...] z bojaźliwą trwogą - a cała reszta godna jest co najwyżej pobłażliwej sympatii lub nawet udawanej troski? I wreszcie czy “rządzenie planetą” to jest prawdziwy cel [...]
[...] widać niewiele się od tego czasu zmieniło. Tyle, że dziś taka pokrętna argumentacja jest nie tylko powszechna ale i znajduje oddanych zwolenników. Przypomnijmy sobie na szybko - [...]
[...] wydumane. A to coś znacznie ważniejszego niż liczby, słupki i zestawienia, prawda? Po prostu, iPhone po trzech latach na rynku ciągle nie doczekał się jeszcze prawdziwej konkurencji… Piszę o tym jeszcze z jednego powodu - otóż oba te wykresy przypomniały mi polemikę [...]