Uwaga! Ten wpis ma ponad 5 miesięcy. Jeżeli interesuje cie dany temat użyj blogowej wyszukiwarki lub zajrzyj do spisu treści istnieje bowiem spora szansa, że od tego czasu napisałem na ten temat coś jeszcze.

Co więcej autor już założył ankietę w której prosi czytelników o pomoc w wytyczeniu kierunków rozwoju bloga - czy znaczy to że przesiadkowe problemy skończyły się szybciej niż się wydawało? Cóż, nie chce wyjść na aroganta ale nie byłbym tym zaskoczony. Blog AntyApple też obiecywał demaskatorskie historie o “ciemnej stronie jabłka” a skończyło się na długim milczeniu i mimochodem opublikowanym oświadczeniu że właściwie nie ma na co narzekać… Jasne - produkty Apple nie są bez wad a początki przesiadki zawsze będą trudne więc wszystko w normie. Tyle że czasem okazuje się że strach ma wielkie oczy i jest łatwiej niż zakładaliśmy… Ale to chyba dobrze, prawda? A autorom wszystkich makblogów życzę dużo wytrwałości - nie dawajcie się przeciwnościom i piszcie! Wszyscy potrzebujemy konkurencji!




2005-2008 by Bartosz Skowronek / 
komentarzy: 24
link
Heh dobre zakończenie
Dlatego właśnie polityka Apple Blog mówi jasno: nie publikujemy linków do nowo powstałych blogów jakkolwiek interesujące były by pierwsze posty. Jeśli blog utrzyma się w sieci przez pół roku, rozważymy podlinkowanie. W tej chwili nie ma takich bogów wiele, zainteresowani wiedzą, że można je policzyć na palcach jednej ręki.
Niemniej jednak życzę, jak zawsze, powodzenia i dodaję do RSS.
link
“Mac’owe”, “przygody z Mac’iem”, “login’em”, “Finder’a”, “Windows’owych”, “Lightroom’u”, “trial’a”, “iTunes’owego”… Przepr’aszam al’e mni’e ocz’y wypad’li
(Ta’k, t’ak d’o autor’a te’ż wysłał’em)
link
E tam, znowu! Mnie bardziej razi na macowych blogach błędna odmiana słowa „mac”, bo nikomu nie chce się zajrzeć do słownika. I to często u użytkowników z kilkuletnim, co najmniej, stażem. To czego oczekiwać od nowicjusza? Napatrzył się biedak na te wszystkie „mac’ki”, „maci”, „macki” i „mac’i” i zwyczajnie mu się wszystko pochrzaniło.
link
Ano właśnie Heidi, z tym “Mac’iem” czy Makiem ja też miałem problem jak zacząłem się interesować polską “makosferą”. Wcześniej Mac to był Mac, a teraz w końcu zrezygnowałem z pisania o Mac’ach i zacząłem o Makach.
A propos, jak ten słownik prawi? Bo angielski prawi Mac i do tej pory to był dla mnie jedyny odnośnik.
link
Już kiedyś radziłem, by zamiast rozprawiać nad tym czy pisać “makiem”, “maciem”, “mac’iem” czy “mackiem”, pisać “macintoshem” :->
link
@Makojad: słownik prawi, iż „c” przechodzi w „k” wyłącznie w końcówkach zmiękczających (-i, -iem). Vide: http://poradnia.pw...lista.php?id=7429
@Dadaista: to jest rozwiązanie, oczywiście, podobnie dodanie odmiennego słowa „komputer”, bo wtedy „Mac” może zostać bez odmiany. Tyle że tak oficjalnie to Macintosha już nie ma. Taki produkt nie istnieje. Owszem, poniewiera się jeszcze w systemach pomocy i dokumentacji, ale jako nazwa produktu nie jest używany.
link
Hmm, a nie bylo tak, ze Apple nie pozwala/ło na odmiane nazwy Macintosh?
link
Blog dość ciekawy. Życzę mu jak najlepiej. Będę zaglądał często, gdyż sam jestem switcherem z półrocznym stażem.
Odnośnie pisowni Mac/Mak - według mojej wiedzy filologicznej, słowa obce, które używane są w j. polskim powinny być odmieniane według polskich zasad.
Gorzej jednak z iPhone’m, który kończy się na “e”. Tu nie mam jasności i raczej skłaniam się ku apostrofom plus końcówkom fleksyjnym polskim. Niestety czasami wychodzą z tego dziwne potworki typu “iPhone’ach”
link
@Paweł Nowak
Akurat na blogu o Apple tematy nigdy się nie kończą. A jego porzucanie to jak odbieranie sobie przyjemności komentowania
Co do pisowni to pisze się podobnie jak większość. Tu nie ma złej woli, tylko nauka przez czytanie forów
Też to złapałem…
link
@Heidi: Dzięki za link, ale pan Jan Grzenia chyba trochę się pomylił albo go przekręcono. Bo np. w mianowniku używa oryginalnej pisowni Mac - i tak aż do miejscownika gdzie już pan Grzenia spolszcza i Mac staje się Makiem. Podobnie w l.mn. niektóre formy deklinacji mają Mac a inne - spolszczenie Mak. Taki brak konsekwencji jest aż zbyt jaskrawy, żeby poważny uczony z uniwersytetu (któregokolwiek) mógłby się nim podpisać. Albo to mało poważne, albo osoba niekompetentna, albo zostało przekręcone.
Kiedyś, jeszcze w czasach gdy angielski w Polsce nie był językiem podwórkowym, była taka zasada, że obcojęzyczne nazwy własne są nieodmienne. Ale potem wraz ze zmianą w edukacji języków obcych i rosnącą popularnością np.internetu zaczęto nagminnie odmieniać nawet nazwy własne lub stosować pseudo-oryginalną pisownię. Więc lingwiści też zaczęli mieć problemy.
Generalnie trzeba odróżnić 2 rzeczy: co innego spolszczenie (np. Mak), a co innego użycie np. nazwy własnej, w oryginalnej pisowni (np. Apple). Spolszczenie zawsze podlega deklinacji, nazwa własna w pisowni oryginalnej już nie zawsze.
Niestety lingwiści raczej nie zajmują szeroko problemami adaptacji słów angielskich do polskiego, wobec czego widzimy wiele błędów w zwyczajowej odmianie. Jeśli chodzi o makowe środowisko -o ile ze spolszczeniem “Maka” nie mam problemu (bo to spolszczenie i normalnie podlega odmianie), o tyle uważam deklinację “Apple” (i to w rodzaju męskim!) za błąd. Apple powinno być moim zdaniem nieodmienne, a rzeczownik traktowany jako rodzaj nijaki. Przemawia za tym szereg czyników - jedna sylaba, nazwa własna, przyjęte stosowanie pisowni oryginalnej, brak spolszczenia. Czyli nie mówimy o “Applu” tylko o “Apple”.
Ale to inny temat.
@przemekspider: Z iPhone’em/iPhonem jest sprawa podobna jak z iPodem. Rodzaj męski ułatwia bezpieczną odmianę, a wtedy “e” w niektórych formach deklinacji zanika (iPhonem, iPhonowi, iPhonie, iPhona). Może to nie wygląda ładnie, ale w ogóle angielski w polskim nie wygląda ładnie. Odmiana iPoda się przyjęła akurat zgodnie z gramatyką (odwrotnie niż w przypadku “Apple”). Generalnie uważam, że używanie apostrofu w obcojęzycznej nazwie własnej nie jest błędem (tak było kiedyś). Ale najważniejsza w języku jest konsekwencja, więc jeśli używamy “iPoda” to podobnie i “iPhona”.
@BzArEx: “pisze się podobnie jak większość” - no ciekawa zasada gramatyczna, prof. Miodek chyba straciłby zajęcie, gdyby się jej trzymać
Niestety (dla niektórych) stosowanie jej odpada, podobnie jak “nauka przez czytanie forów”.
A ogólnie - moim zdaniem wszystkie te “słiczery”, “ficzery”, i inne językowe karły to po prostu kolejna niezdrowa moda (Polacy lubią mody), w rezultacie której obecne i przyszłe pokolenia tracą, bo ani nie znają/będą znać poprawnego polskiego, ani poprawnego angielskiego (a uwierzcie, to są 2 bardzo różne języki). Są takie narody na świecie, gdzie angielski (zwykle pod przymusem co prawda) wprowadzono do ojczystych języków i - naprawdę to biednie, biednie wygląda i brzmi, a ludzie tracą tożsamość (nie mówiąc o tym, że Anglicy ich wyśmiewają). Bo Anglicy, Francuzi, Niemcy dbają o swoje języki, a Polacy - wielkie kosmopolityczne gęsi. Wybaczcie, ale tak to wygląda w rzeczywistości. Dlatego medale za odwagę dla tych internautów, a zwłaszcza informatyków (w końcu ludzie z wykształceniem), którzy nie boją się używać własnego języka. W końcu to nie hańba
Pozdrowienia.
link
@Santee: Owszem, z początku tak było, jednak, po pewnym czasie, dotarło do nich w końcu, że niektóre języki posiadają takie dziwadło jak deklinacja i unikanie odmiany był tylko zalecany.
@przemekspider: Blog być może ciekawy, ale wątpię, czy naprawdę będziesz go często odwiedzał. Zresztą nie tylko Ty, bo i po co, skoro autor bloga dokonuje swoistej kanibalizacji swojej witryny na rzecz innego serwisu. Czy mylę się, że wszystkie wpisy z tego bloga zamieszczane są w wątku na MyApple? Po diabła ganiać po dwóch serwisach, skoro wszystko jest w jednym z nich i to tym popularniejszym? Skąd popularność RSS? Bo wszystko można mieć w jednym miejscu i nie trzeba latać po dziesiątkach stron. Na tej samej zasadzie bazują te wszystkie „copy-paste blogi”, które nie tworzą nic same, za to pracowicie zbierają informacje z innych serwisów. Dlatego nie wróżę temu blogowi długiego życia i wysokiej oglądalności, bo przyjęta przez jego autora strategia jest autodestrukcyjna. Takim działaniem być może wyrobi sobie markę wśród użytkowników MyApple, ale nie przyciągnie oglądających do swojego bloga.
To samo tyczy się, poza tym, Twojego własnego bloga, który również zdaje się przeobrażać w archiwum tekstów zamieszczanych na MyApple (to tak apropos naszej ostatniej rozmowy).
PS: Nazwy obce powinny być odmieniane zgodnie z polskimi wzorcami odmiany, ale… bardzo wiele osób nie zna tych wzorców i tworzy jakieś potworki. Co więcej, gdy się tych wzorców nie zna, łatwo o stwierdzenie, że prawidłowa odmiana wygląda nienaturalnie, dziwnie, etc. A wystarczy zajrzeć do słownika. Ortograficznego.
PPS: iPhone’em
link
@Makojad: pan Grzenia wcale się nie pomylił. http://so.pwn.pl/z...ady.php?id=629620 i przykład nazwiska Mauriac.
link
@Makojad: Jeszcze jedno: nie można mówić o jakimkolwiek spolszczeniu nazwy „Mac”, dopóki nie zacznie ona być powszechnie pisana jako „Mak” w mianowniku. Analogicznie do nazwiska Balzac/Balzak.
link
@Heidi: Ale tu mi pokazujesz zasadę co do nazwisk. Ale ona już nie działa tak samo we wszystkich nazwach własnych (wg niektórych szkół). A co innego jeszcze spolszczenia.
Mak w mianowniku - o to mi dokładnie chodzi - tak trzeba przyjąć moim zdaniem, bo inaczej mamy problem z tysiącem zasad odmiany i brakiem “standaryzacji”. Inaczej niż pan Grzenia ja podejmuję problem “konwersji” słowa Mac, czym pan Grzenia się nie zajmuje (więc nie zrobił błędu, fakt). Ja jestem z tej szkoły, która uważa, że nie ma bezpiecznej odmiany obcych nazw własnych, bez spolszczenia. Czyli “iPhone’em” jest ok, ale przy założeniu, że sztywno trzymamy się tej zasady i nie spolszczamy w żadnym przypadku - wtedy jest (byłoby) idealnie. Ponieważ praktyka spolszczania jest silna, więc ja uważam, że niektóre nazwy należy spolszczać, a niektóre nie. A na odmianę nie ma jednej zasady, bo z nazwiskami jest względnie prosto (przez wieki stosowane), a np. z nazwami typu “Apple” już nie, bo tu wchodzi perspektywa prawidłowej recepcji słowa, analogicznej do języka oryginalnego.
A przechodząc do innego tematu, o którym blogu mowa, bo straciłem wątek, o Fotogenii?
link
Pisałem o blogach Przemka Pająka i tytułowym „Macowe ABC…”.
Owszem, zasada dotyczy nazwisk, ale obejmuje ogólnie wszystkie nazwy własne. I muszę przyznać, że w przypadku nazw własnych nie jestem zwolennikiem spolszczania na siłę, bo traci się czytelność (o której zresztą wspominasz). Mak? Taki kwiat czy marka komputerów? Prowadzi to też łatwo do absurdów. Bo jak zapisać nazwisko Nicolas Cage? Nikolas Kejdż czy może Mikołaj Klatka?
link
Ach sorry, gapa ze mnie, chodzi o blog w temacie. “Kanibalizacja witryny” - ciekawe sformułowanie, ale zjawisko po prawdzie nie jest do końca negatywne, a może inaczej - jest dość powszechnie stosowane i jakoś tam prawidłowe. Wokół witryn często “satelitują” blogi np. autorów prowadzących witryny, albo czytelników. To nic bardzo nagannego. Po prostu trzeba umieć odsiać zdublowane informacje i czytać blogi czy autorów, którzy przynajmniej w większości starają się o dobrą i oryginalną/autorską zawartość.
link
Owszem, ale odpowiedz mi na pytanie: po co mam zaglądać na „Macowe ABC…” i blog Przemka, skoro dokładnie te same teksty znajdę na MyApple?
link
@Heidi: “w przypadku nazw własnych nie jestem zwolennikiem spolszczania na siłę” - oczywiście ja też nie. To zależy od wielu czynników. W przypadku Maka, uważam, czynnikiem takim może być właśnie nieumiejętna deklinacja, czyli z powodów praktycznych. “Mak” z wielkiej litery, jako nazwa. Wiesz w angielskim “Mac” też ma inne oprócz marki komputerów znaczenie. Słowo MAC w informatycznym angielskim żargonie już występuje i ma bliższe oryginalnemu znacznie - jako adres sieci. Więc w informatycznym angielskim nastąpiła już adaptacja szkockiego “Mac” (określenia osoby, której imienia nie znamy) zanim pojawił się “Mac” jako brytyjski skrót od stosowanej w USA nazwie “Mackintosh”. A z kolei ten brytyjski skrót dla komputerów Apple przyjął się i zastąpił Mackintosh (dziś już praktycznie nazwę nieużywaną, jak wyżej zauważyłeś).
Nie ma chyba obawy i w polskim języku zatem, by w tym konkretnym wypadku Maka pomylić z makiem w makowcu, ani niebezpieczenstwa tworzenia jakichś mniej lub bardziej zabawnych dziwolągów (choć niektorzy literalnie potrafią tłumaczyć na poważnie i takie “Klatki” się zdarzają “w oficjalnym obiegu”) ;).
Temat nr 2 (właściwie nr 1): Ja przecież nie opowiedziałem się za tym by wchodzić na blogi, gdzie są te same artykuły. Ale skoro pytasz to odpowiadam, że są sytuacje, iż warto to robić np. w wypadku gdy chcesz podyskutować z autorem bezpośrednio - to jest dobry powód. Albo np. bo nie lubisz “chaosu” MyApple i wolisz przeczytać tekst bezpośrednio u autora - ja tak mam. A jeszcze np. dajesz autorowi do zrozumienia, że czytasz jego teksty. Dla mnie znaczenie ma również zobaczenie jak ktoś organizuje blog, w myśl prowizorycznej zasady “pokaż mi swój blog, a zobaczę kim jesteś” - posługujemy się wzrokiem, a internet również polega na porządkowaniu przestrzeni. Swój blog pozwala na większą kreatywność, inna sprawa, że niktórzy tego nie wykorzystują.
link
„W przypadku Maka, uważam, czynnikiem takim może być właśnie nieumiejętna deklinacja, czyli z powodów praktycznych”.
Nie, no proszę Cię, Ty to na poważnie? To zlikwidujmy jeszcze h/ch, rz/ż i u/ó z racji nieumiejętnego stosowania ortografii. I zlikwidujmy tych Mickiewiczów, Słowackich i Gombrowiczów z racji nieumiejętnego czytania ze zrozumieniem. Naprawdę chcesz, by nieuctwo stało się wyznacznikiem norm? A takiego! Ma być trudno, by ludzie myśleli. Równać trzeba do najlepszych, a nie tych najgorszych.
„Swój blog pozwala na większą kreatywność, inna sprawa, że niktórzy tego nie wykorzystują”.
I właśnie z takimi przypadkami mamy tu do czynienia. Jeżeli teksty się dublują, znika potrzeba zaglądania na blog autorski. Wystarczy spojrzeć na liczbę komentarzy na blogu Przemka i na MyApple. U niego jakieś niedobitki, a tam aż wrze.
link
Nie, nie, nie chodziło o nieuctwo, być może tak słabo to zaargumentowałem. Względy praktyczne i “standaryzacja” pisowni nie mają prowadzić samowoli. Nie można porównać korzystania z zasad przystosowywania obcojęzycznych nazw do naszego języka (przez spolszczanie w tym wypadku) do ingerencji w zasady gramatyczne dotyczące rodzimego języka. Czyli zamiana Mac na Mak w żaden sposób nie równa się zamianie rzeka na żeka (zresztą wcale nie byłoby to praktyczne).
Mak od ang. Mac to przyznasz bardzo poprawna forma spolszczenia, więc nie ma mowy o gramatycznej frywolności czy chęci usprawiedliwienia braku znajomości zasad. Nie na tym polega spolszczanie.
Co do blogów, to chyba zależy od koncepcji, jaką sobie autor wyznaczy. I tak np. jeśli ktoś pisze na MyApple i prowadzi blog z tymi samymi tekstami, może robi to dlatego bo “wypada mieć blog” lub coś w tym rodzaju. Trudno mi ocenić Przemka, bo ja akurat czytam jego teksty na jego blogu, a na MyApple nie wyłapuję tak bezpośrednio przynależności newsów, może dlatego, że MyApple to moloch i teksty tam generalnie z brzegu traktuję nie jako autorskie, ale witrynowe newsy.
link
Ależ się tu rozwinęła dwutorowa dyskusja…
ad 1. Do tej pory pamiętam słowa profesora Rafała Molendy z moich studiów filologicznych, który przedstawił świetny wywód na temat kierunku, w jakim rozwijają się współczesne języki. W bardzo dużym skrócie i uproszczeniu chodzi o to, że język zarówno pisany jak i mówiony dryfuje w kierunku jak najprostszych form. Stąd właśnie efemerydy w stylu “przyszłem”, “włanczać”, czy “śpieszyć”. Za kilkanaście lat będą to formy słownikowe. Tak samo z pisownią obcych słów w danym języku. Jeśli łatwiej jest pisać w mianowniku Mac, a w dopełniaczu Maku, to po prostu tak to będzie używane. To samo z iPhonem. Za trzy lata, kiedy iPhone będzie już w co drugim gospodarstwie domowym, wszyscy będziemy pisać o iPhonah, iPhonami czy iPhonie.
ad. 2 Rzeczywiście mój blog na razie jest głównie oparty na tych samych tekstach, które pojawiają się na MyApple. Chodzi oczywiście o felietony/artykuły, a nie newsy, których nie uważam w większości za autorskie… Jest to jednak zaplanowana strategia. Myślę, że w niedługim czasie to się będzie zmieniać. Ale na razie, głównie z powodu jaki zauważył Piotrek (”czytalność” i komentarze do artykułów), głównym moim odbiorcą jest użytkownik MyApple. Nie sądzę też, żeby był to błąd. Po pierwsze, w tym świecie jestem na razie newcomerem (prężnym, ale jednak ;-). Nie sądzę więc, żeby mój blog samodzielnie mógłby być na tyle chodliwym medium, żeby zaspokajał moje ambicje. Po drugie, przemekspider.com jest dla mnie (no i dla potencjalnych moich czytelników) pewnego rodzaju archiwum wszystkich tekstów o Apple. Głównie dla tych, którzy by chcieli szybko znaleźć wszystie “ważniejsze” teksty mojej osoby.
link
Przemku, wprowadzasz trochę futurologii (oczywiście racjonalnej, ale wg której równie dobrze za kilkanaście lat możemy przestać mówić po polsku) i łączysz wciąż dwie sprawy, które należałoby wyodrębnić. Powtórzę jeszcze raz do bólu, że trzeba odróżnić temat przemian jakim podlegają reguły gramatyczne dotyczące rdzennie polskich wyrazów (czyli przemiany “wewnętrzne” języka polskiego) od tematu asymilacji słów czy zwrotów obcojęzycznych, która występuję w każdym czasie i na każdym etapie przemian języka rodzimego. Słowo “Mac” Przemku nie jest polskim słowem(!) dlatego nie podlega analogicznie zasadzie np. przejścia “przyszedłem” w “przyszłem” (jeśli w ogóle można mówić o takiej tendencji, moim zdaniem nie, bo to wciąż sprawa slangu i regionalizmu, w niektórych regionach Polski mężczyźnie nie przyjdzie do głowy powiedzieć “przyszłem” bo to jest równoznaczne z mówieniem o sobie jako o kobiecie). Zauważ wreszcie, że mowa o angielskich słowach w polskim języku.
Myślę, że on, gdyby uczestniczył w naszej rozmowie, zgodziłby się, iż język angielski i polski to dwa różne i odrębne języki.
Wobec czego jakaś wymyślona przez Ciebie reguła “bo łatwiej pisać Mac w mianowniku, a zamieniać ‘c’ na ‘k’ w innych przypadkach” jest absolutnie w tym wypadku fantazjowaniem, bo piszesz o angielskim słowie. Więc ani nie mieścisz się w tym o czym napisał Heidi - regule gramatycznej dotyczącej pisowni obcych nazw własnych, ani w tym o czym pisałem ja - spolszczeniu tychże.
Słowo “Mac” jest angielskie, a słowo “Mak” już polskie. No i naturalnie, że łatwiej po polsku (podkreślam!) pisać “Mak” niż “Mac” (no chyba, że ktoś jest ideologiem-kosmopolitą). Oczywiście nie chcę się upierać jednoznacznie, że spolszczenie słowa “Mac” na “Mak” to najtrafniejsze rozwiązanie dla języka - może “Mak” nie wygląda już tak ładnie, może nie jest już tak “oryginalne makowe”, może się ludzie nie przekonają, itd. Moim argumentem jest - będzie łatwiej i docelowo poprawniej, bo po polsku. No i wówczas zgodnie z zasadami ogólnymi języka, nakreślonymi przez Twojego wykładowcę, nawet przy odrobinie naiwnej futurologii
Co do blogu, mnie całkowicie przekonuje uzasadnienie Twojej koncepcji na blog (jeśli jest jednorodna) - masz do niej prawo, a przecież pomysł się może zmienić. A to, że jesteś “świeżym” użytkownikiem Maka widać po zbyt pospiesznym i ostrym formułowaniu niektórych wniosków (co zresztą piszę czasem u Ciebie w komentarzach). Myślę, że jak przyjrzysz się jeszcze dokładniej (i z czasem) pewnym mechanizmom, z uwzględnieniem ich trwania w określonych przebiegach czasu, Twoje opinie nabiorą więcej chłodnego dystansu, a wypłowieją ideologiczne barwy. Tak sądzę, bo jesteś człowiekiem myślącym, chociaż to co piszesz ostatecznie zależy od Twoich motywów, bo łatwiej zwrócić uwagę “przeciętnej publiki” (której na MyApple ogromna większość) właśnie tematami wpadającymi w “rytm tłumu” i podkolorowanymi ogólnymi tendencjami politycznej poprawności względem Maków (czyli hura, jesteśmy inni, i cały ten szpan). Dzieje się tak gdyż przeciętnie czytelnicy nie posługują się krytyczną analizą, a po prostu wchłaniają podaną informację i przyswajają jako “swoją”, na tej podstawie kszałtując własne wymagania. Większość czytelników odrzuca również tematy trudne, czy polemiczne, a ktoś zajmujący się takimi automatycznie traci na szerszej publice. Wybór należy do autora.
link
Widzę, że profesor Molenda jest kolejnym propagatorem teorii o języku jako bycie samoistnym. A my, biedne żuczki, możemy się tylko dostosowywać do tego, jak się zmienia. No, chyba że nie tylko opisał kierunek rozwoju, ale też wskazał jego mechanizmy i wynikające z niego zagrożenia. Ot, jak chociażby zubożenie języka i utrudnienie przekazu. Dowodów nie trzeba daleko szukać. Wystarczy zastanowić się, dlaczego emotikony zaczęły odgrywać tak ważną rolę w pisanym języku codziennym, a próżno by ich szukać w wypowiedziach, powiedzmy, z wyższej półki?
To zabawne, że ludzie przez tysiące lat rozwijali język od prostych warknięć i chrząknięć, a teraz cywilizacja ze spokojem obserwuje, jak to narzędzie zaczyna wracać do korzeni.
Ale może na rzeczy jest mądra myśl „by język giętki wypowiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Może rzeczywiście nastały takie czasy, że na tyle, na ile głowa potrafi pomyśleć, wystarczą najprostsze formy.
Zaś co do drugiego punktu i „nie sądzę więc, żeby mój blog samodzielnie mógłby być na tyle chodliwym medium, żeby zaspokajał moje ambicje”, polecę Ci prześledzenie historii bloga naszego gospodarza.
link
@Heidi: “Ale może na rzeczy jest mądra myśl ‘by język giętki wypowiedział wszystko, co pomyśli głowa’. Może rzeczywiście nastały takie czasy, że na tyle, na ile głowa potrafi pomyśleć, wystarczą najprostsze formy.”
No trafiłeś w przysłowiową dziesiątkę. [emoticon uśmiech]
Napisali
[...] bloga Makowe ABC dla użytkowników Windows przygotował krótkie acz treściwe zestawienie pod wszystko mówiącym tytułem Poradnik: iMac czy [...]