Uwaga! Ten wpis ma ponad 2 lata. Jeżeli interesuje cie dany temat użyj blogowej wyszukiwarki lub zajrzyj do spisu treści istnieje bowiem spora szansa, że od tego czasu napisałem na ten temat coś jeszcze.

Pani bowiem wydrukowała już 2 strony z tekstem umowy i na wieść, że nie mam zamiaru jej podpisać wpadła w panikę. Okazało się bowiem, że mój podpis pod umową to zwykła formalność, a najważniejsze jest to, że owe dwie kartki zostały wydrukowane i “to już jest nieodwracalne”. Zamiast obrócić się na pięcie i wyjść zostawiając Panią i resztę personelu w tym zdumiewającym stuporze aby mogły odkręcić cała “nieodwracalną” sprawę bez mojego udziału, postanowiłem zachować się jak człowiek i stawić czoła sytuacji. Wyjaśniłem więc, że nawet wydrukowana umowa bez mojego podpisu do niczego mnie nie zobowiązuje więc nie bardzo rozumiem w czym tkwi problem. Nie chcę podpisywać, rozmyśliłem się i tyle. Ale to był poważny błąd. W rezultacie okazało się, że niepotrzebnie zawracam im głowę bowiem powinienem był wiedzieć co zamawiam (musiałem wyjaśniać że w telewizyjnych reklamach, na ulotkach wkładanych do rachunków czy wielkich plakatach którymi obwieszony był salon nie ma niestety o tym ani słowa a doświadczenie i powszechnie przyjęta praktyka wskazuje że mam prawo oczekiwać iż umowa obowiązuje z dniem podpisania). Okazało się również, że Pani z obsługi nie widzi potrzeby omawiania regulaminu z klientem przed uruchomieniem całej tej nieodwracalnej procedury bo trwało by to “ze dwie godziny”, choć przecież chodzi tu tylko o dwie proste i wręcz niezbędne informacje (cena i czas). Jednym słowem, dowiedziałem się że to w moim dobrze pojętym interesie nie udzieliła mi tych informacji gdy rozpocząłem rozmowę i dziwny jestem, że tego nie rozumiem i podpisać mimo to nie chcę. Nie chcę - tłumaczyłem - bo czemuż miałbym podpisywać coś na trzy miesiące do przodu? Do tego czasu pojawią się kolejne promocje, nawet jeżeli nie u nich to u konkurencji. To już była zniewaga. Innych promocji nie będzie - usłyszałem. Pomimo że są. I - co oczywiste - będą.

Kiedy jednak okazało się, że korporacyjna “logika” mnie nie zmiękczy i że nie podpiszę umowy tylko dlatego że została już wydrukowana Pani postanowiła wziąć mnie na litość - “ja tego nie wymyśliłam”, “to nie mój pomysł”, “ja tu tylko pracuje” itp. itd. To system jest zły. Trudno się było z tym nie zgodzić. Bardzo zły system - potwierdziłem więc skwapliwie ale i wtedy nie znaleźliśmy się po tej samej stronie barykady. Pani obraziła się jeszcze bardziej. Swoją drogą, nie cierpię takiej argumentacji - skoro coś jest złe to oczywiste jest że należy to zmienić, protestować, informować, zgłaszać problem przełożonym a jeżeli się nie da, to zacisnąć zęby i wypić z godnością to piwo, które człowiek (lub współpracownicy, kierownictwo czy informatyk) nawarzył bo - u licha! - bierze się za to pieniądze. A jeśli nie ma żadnej nadziei na poprawę to po prostu trzeba zmienić pracę. Na pewno zaś nie należy zwalać odpowiedzialności na klienta albo udawać, że nie ma się z tym nic wspólnego. Zwłaszcza że w tej akurat sytuacji wystarczyłoby trochę kultury i elementarnej logiki miast wmawiania mi że stwarzam problemy. Nie chciałem jednak wdawać się z Panią w dłuższą i teoretyczną rozmowę, więc nie dokładałem do pieca. Tym bardziej, że w tym czasie na odsiecz przyszła jeszcze druga Pani (wyraźnie wyższa stanowiskiem i bardziej pewna siebie) i próbowała mnie zmusić do napisania rezygnacji… z usługi, której jeszcze nie zamówiłem. I znów zaczęło się od początku. Druga Pani była niestety równie niemiła co pierwsza. Skończyło się ostatecznie na telefonie do Poznania (nazwę miasta obie Panie wymawiały z wielką rewerencją) i podpisaniem przeze mnie oświadczenia, że niczego nie zamówiłem! Czyż to nie wspaniałe? Wygrałem? Bynajmniej.

Chociaż wykazałem się niezwykłą dla siebie asertywnością to wychodziłem z telepunktu w niesławie, żegnany pobłażliwymi i nieco pogardliwymi spojrzeniami personelu i grupki zniecierpliwionych, oczekujących na swoją kolejkę klientów. Pieniacz. Dziwak. Sam nie wie czego chce. Zamiast załatwić sprawę straciłem tylko czas. Zamiast usłyszeć: “no cóż trudno, szkoda że Pan się nie zdecydował, zapraszamy w październiku” musiałem odbyć nieprzyjemną rozmowę z niemiłym i niezbyt kompetentnym personelem. Zamiast płacić mniejszy abonament musiałem wykłócać się o to aby nie rezygnować z czegoś czego nie zamówiłem. A wszystko dlatego, że ktoś nie pomyślał o starych abonentach przy konstruowaniu nowej promocji, że ktoś inny nie pomyślał przy projektowaniu oprogramowania, które nie pozwala anulować zlecenia gdy klient się rozmyśli albo za przeproszeniem odwali kitę z gorąca i nadmiaru emocji zanim zdąży podpisać niezbędne papierki, i że niefrasobliwa Pani nie pomyślała, że warto by poinformować klienta o szczegółowych warunkach sprzedawanej usługi zanim wydrukuje te nieszczęsne “nieodwracalne kartki”. Co ciekawe, miała za to czas i ochotę zapytać mnie o to jakiego systemu używam - ciekawe po co skoro to było przedłużenie umowy a nie nowa instalacja? Swoją drogą jak usłyszała Mac OS X to zrobiła baaardzo dziwną minę… Równie dobrze mógłbym pewnie powiedzieć, że Rododendrona 6.0. Miała także czas wmawiać mi różne niestworzone rzeczy odnośnie moich racji i oczekiwań. Zabawne jest to, że “tepsa” wydaje grube pieniądze na reklamę i budowanie wizerunku a wszystko to bierze w łeb w ciągu 5 minut gdy tylko zawitamy do ich firmowego salonu…




2005-2008 by Bartosz Skowronek / 