Uwaga! Ten wpis ma ponad 2 lata. Jeżeli interesuje cie dany temat użyj blogowej wyszukiwarki lub zajrzyj do spisu treści istnieje bowiem spora szansa, że od tego czasu napisałem na ten temat coś jeszcze.

Kiedy patrzy się na cały ten proces dzień po dniu, praktycznie nic się takiego nie dzieje. Zapowiedź przesiadki była wprawdzie dla wszystkich dużym zaskoczeniem, ale też poprzedziły ją wiarygodne plotki i spekulacje - szok był więc trochę mniejszy. Potem okazało się, że OS X wiódł od wielu lat podwójne życie i od swojej pierwszej wersji działał na obu platformach. Nie ma więc czym się ekscytować, to żadna nowość, przecież wiedzieli o tym przecież prawie wszyscy pracownicy tajnych podziemnych laboratoriów Apple, CIA, FBI i NSA… I pewnie też “większa połowa” Mossadu. Zdążyliśmy nieco ochłonąć i gdy pojawiły się pierwsze maki z intelem na pokładzie, oczywiście od 2 do 4 razy szybsze, zaczęliśmy zastanawiać się kiedy ktoś postawi na nich Windows. Potem ktoś to zrobił. Zaskoczenia nie było - w końcu wszyscy się tego spodziewaliśmy. A potem Apple zaprezentował światu Boot Campa… W zasadzie nic nowego skoro ktoś już to zrobił przed nimi. Drobne kroczki. Noga za nogą, prawie jak marsz lemingów. Jeden za drugim. I po każdym z nich coraz mniej zdziwienia. Lecz spójrzmy przez chwilę na to co się wydarzyło z dystansu - niespełna rok temu Jobs zapowiedział, że rezygnuje z PPC bo tylko kłopoty z tymi procesorami, a dziś mamy już maki na których można używać Windows. I to praktycznie z błogosławieństwem Apple. Uwierzylibyście w to gdyby ktoś jakieś 18 miesięcy temu prorokował taką właśnie przyszłość? No właśnie. A jak wam się podoba BSOD na iMaku? Bo mnie wcale.

Coraz częściej słyszę z ust znajomych użytkowników, pracujących na makach znacznie dłużej ode mnie, nierzadko od wielu lat - “jestem zdegustowany”, “jestem rozczarowany”, “nie podoba mi się to co ostatnio robi Apple”. I jakoś się temu nie dziwię. Nigdy tego nie kryłem ale też i specjalnie się z tym nie afiszowałem - dziś powiem wprost - mnie, podobnie jak wam, też się ta cała intelowo-windowsowa przesiadka nie bardzo podoba. Co gorsza, zupełnie nie rozumiem dokąd to ma prowadzić. Znam wprawdzie różne plotki, opinie optymistów i pesymistów, komentarze analityków, powszechnie znane motywy i uwarunkowania ale - u licha! - czas płynie a ja coraz mniej z tego nie rozumiem. Nie wiem np. czy mak pracujący pod Windows to jeszcze mak czy już kosztowny pecet? Lub czy poskładany z odpowiednich części pecet pracujący pod skrakowanym OSX to już makowy klon czy może jeszcze nie? I wreszcie, czy Apple nadal robi komputery czy już tylko soft i obudowy? I - jak się okazuje - nie ja jeden. Podobne pytania stawia sobie wielu ludzi na całym świecie. Pamiętacie co w przypływie szczerości powiedział w jednym z wywiadów Steve Wozniak? Zadajemy się z wrogiem, choć przez wiele lat mówiliśmy, że jest uosobieniem zła i chwaliliśmy się tym, że my jesteśmy inni - a przez to lepsi. A teraz współpracujemy i trochę ciężko to przełknąć…

Wracam do słów Woz’a, bo uważam, że to trafnie postawiona diagnoza. Czujemy dyskomfort, bo mak od zawsze był different. Gdy próbowałem odpowiedzieć na pytanie co też w makach jest takiego fascynującego dużo miejsca poświęciłem właśnie tej inności. Maki wykreowano przecież jako alternatywę dla świata “okien i bram” (Windows and Gates), jako komputery lepsze, bardziej przyjazne i proste w obsłudze. Sposób w jaki je prezentowano przekonywał, że praca przy komputerze nie musi być uciążliwa, skomplikowana czy pełna przykrych niespodzianek. Czy więc ów nieszczęsny “drugi switch” to była jedyna możliwa droga? Jak mawiał Stefan Kisielewski, nic tak nie boli jak prawda. A w kontekście ostatnich wydarzeń, prawda jest taka, że przez te wszystkie lata po prostu “ładowano nas w trąbę”. W ciągu kilku ostatnich miesięcy cała ta ideologia trafiła do kosza. Nagle bowiem, jak gdyby nigdy nic, Apple zaczął produkować - nie bójmy się tego słowa i powiedzmy to wprost - pecety. Wprawdzie oryginalne, nowoczesne i seksowne, niemniej powtórzę to po raz drugi, i będę powtarzał tak długo jak będzie potrzeba, pe-ce-ty. Nie warto się oszukiwać - premiera Boot Campa i wcześniejsze udane próby z instalacją Windows na nowych imakach i makbookach są tego wystarczającym i niezbitym dowodem. Skoro bowiem, zarówno na makach jak i pecetach można uruchamiać naprzemiennie Windows i OS X to znaczy to, że po prostu nie ma już pomiędzy nimi żadnej istotnej sprzętowej różnicy. Czyż nie?

Pomimo tego, nie zarzucono jednak charakterystycznej retoryki - Jobs podczas premiery pierwszego komputera Apple z nowym procesorem, ogłosił uroczyście uwolnienie Intela, a nowe maki reklamowano przekonując, że chip Intela robi w maku znacznie więcej niż kiedykolwiek robił w PC. Innymi słowy Apple nadal stara się nas przekonać, że komputer z jabłuszkiem jest lepszy niż komputer bez jabłuszka. Miało to spory sens, kiedy maszyny te na prawdę się różniły, ale dziś, wiemy już, że jest to przecież to samo urządzenie. Nie ma więc co udawać, że oto w jakiś cudowny sposób, zyskaliśmy nagle możliwość instalacji Windows na makach i - o zgrozo! - budować na tym kolejnej teorii o wyższości produktów Apple nad resztą świata. Jest dokładnie odwrotnie - zyskaliśmy OS X pracujący na pecetach i nowego gracza na rynku markowych PC. Apple Computer Inc. Właściwie to ciekawe pytanie - zyskaliśmy coś czy też może coś straciliśmy? Nie ma więc nic zaskakującego w tym, że na nowych makach bez problemów i natywnie działa Windows. Od zawsze przecież działał na komputerach x86, i jak pokazał słynny konkurs, żaden nowy BIOS, EFI, czy inne magiczne zabezpieczenia w stylu TPM nie są, i raczej nigdy nie będą przeszkodą. Podobnie jak premierowy pokaz pierwszych, cztery razy szybszych, makteli zdemitologizował ów słynny mit megaherców, tak pojawienie się Boot Campa rozbiło ostatecznie nie mniej popularny mit o wyjątkowości komputerów Apple. Bolesna prawda jest taka, że nowe maki różnią się od typowego peceta tylko wyglądem, kilkoma istotnymi wprawdzie, niemniej jednak drobnymi szczegółami, i praktycznie… niczym więcej. Bo co to w końcu za mak z Intelem i Windowsem na pokładzie? No? Przecież, maka definiowaliśmy przez długie lata właśnie poprzez brak Windowsa i Intela, których mieliśmy za strasznego i wszechwładnego Wielkiego Brata. Jakże więc, będąc wiernym fanem marki, nie czuć w tej sytuacji rozczarowania?

Co się stało? Otóż marka uwolniła się nie tylko od produktu ale i od korzeni. Proces porzucania produkcji nie jest niczym nowym - w skrócie wygląda to tak: firma produkując np. młotki, ma fabryki i zatrudnia robotników, którzy te młotki wytwarzają - to jest etap pierwszy. Etap drugi polega na przerzuceniu ciężaru produkcji na podwykonawców np. do Chin czy Malezji - siła robocza jest tam tańsza, podatki niskie, odpadają też kłopoty z prowadzeniem i zarządzaniem fabrykami, użeranie się ze związkami zawodowymi etc. Słowem, ktoś coś dla nas wytwarza, my to sprzedajemy z własnym logo a ludzie mówią: “Ruskie, francuskie, amerykańskie - co to za różnica? I tak wszystko jest robione na Tajwanie”. W efekcie zamiast produkować młotki firma zaczyna produkować informacje o młotkach - np. że są niezniszczalne, wygodne i dają ci poczucie solidności. Macie to zresztą na co dzień i co pół godziny w TV. Tak właśnie wygląda dziś praktycznie 99% światowej “produkcji” a szeroko rzecz ujmując proces nazwano globalizacją. Tyle, że Apple poszło w pewnym sensie jeszcze o krok dalej, co jak sądzę nie ma precedensu - to trochę tak jakby Coca-Cola nagle ogłosiła, że w zasadzie może sprzedawać napoje Pepsi, bo przecież i tak smakują podobnie a taniej to wychodzi niż robić własne. Korzystając z gotowych projektów Intela (EFI, referencyjna płyta główna czy grafika GMA950 w mini etc.), i metkując te swoje “makocety” czy “pecomaki” nadgryzionym jabłuszkiem Apple oderwało się nie tylko od produkcji ale także od własnych rudymentów i tożsamości. W praktyce ostatnio firma ogranicza się już tylko do produkcji atrakcyjnych idei i pomysłów (w stylu MagSafe, podświetlanej klawiatury etc.) i opakowywania cudzych rozwiązań we własne pudełka, za które zresztą każe sobie słono płacić. Przesadzam? A czymże różni się Asus A6J od MacBooka Pro? Bądźmy ze sobą szczerzy - tylko ceną i detalami.

Oczywiście obok “produkcji” sprzętu komputerowego są jeszcze iPody i oprogramowanie - mam tylko nadzieję, że będzie ono nadal bardziej w stylu starej dobrej Pantery, Tigera, i kolejnych wersji iLife czy iWork niż np. ostatniego iSynka, FrontRow dla wybranych czy kolejnych siedmiu wersji Boot Campa “for Vista”. No i jeszcze ów trudny do zdefiniowania “mac-style”, dzięki któremu firma miała i ma tak zagorzałych wielbicieli… Trudno to jednak nazywać “produkcją komputerów”, nieprawdaż? Ale to już inna historia. I na inną okazję. Czy tak właśnie wygląda ciemna strona mocy? Nie wiem. Trudno jednak nie czuć rozczarowania, obserwując ostatnie posunięcia Apple, zwłaszcza jeżeli maka kupiliśmy także z jakichś emocjonalnych czy “ideologicznych” powodów. Nie, nie mam na myśli snobizmu a raczej zupełnie niewinną, acz znaczącą, manifestację własnej niezgody w stosunku do głównonurtowej wizji tego jak powinien wyglądać i działać komputer. Sailor, bohater filmu Dzikość serca Davida Lyncha nosił kurtkę z wężowej skóry, bo była wyrazem jego “indywidualności i wiary w wolność jednostki”. Myślę, że mnóstwo ludzi myślało lub myśli w podobny sposób o własnych maczkach. Apple rozpaliło i przez długi czas podsycało ten “ogień” ostatnio zaś wylało nań zupełnie niefrasobliwie dwa wielkie kubły zimnej wody. Ludziom trudno to zaakceptować. Mak był bowiem zawsze czymś więcej niż tylko komputerem który produkowało Apple. Był ideą - prawdziwą alternatywą, opozycją a czasem nawet ziemią obiecaną dla rozczarowanych mainstreamową technologią dysydentów, wzorem dla innych i awangardą całej branży. Dlatego wywoływał pożądanie i budził w ludziach emocje jakich nigdy nie udało się rozbudzić innym producentom komputerów. A dziś sprzedaje intelowskie pecety… Cóż, pewnie Jobs wie co robi a zmiana procesorów i otwarcie się na inne platformy systemowe okaże się dla Apple koniec końców opłacalna. Ale powiedzmy to sobie wyraźnie - coś się właśnie definitywnie skończyło. Na naszych oczach. Będziecie chyba musieli polubić pecety.
Jeżeli spodobały się wam stare i nie tak stare makowe reklamy więcej znajdziecie tutaj. I zapraszam do dyskusji!




2005-2008 by Bartosz Skowronek / 
komentarze
link
Bartoszu - wysysasz jad z rozdrapanych ran, by wreszcie mogły się zabliźnić
Pisząc ten komentarz na cubiku zauważam tylko taką różnicę względem powiedzmy macbooka, że firefox z kilkoma otwartymi oknami w których migają flashowe bannery mniej muli maszyne na tym drugim. Podobnie zreszta jak na stojacym obok dual G5. Rozumiem warstwę retoryki dedukcyjnej opartej na marketingowym przekazie Apple’a, ale organoleptycznie rzecz badając - nie ma różnicy. Coś mi się zdaje, że z maczkami jest troszke jak z ta reklama samochodu, w ktorej kolejne osoby wymieniaja powody (parametry niczym z folderu reklamwoego) dla ktorych to wlasnie auto wybrali - kazdy z tych agrumentow opatrzony jest podpisem “kłamstwo numer…”. Tak naprawde czynnik decydujący jest gdzieś indziej. Jeśli zaś chodzi o symbol “indywidualności i wiary w wolność jednostki” to dla jedego będzie to kurtka z wężowej skóry, dla innego nietypowa tapeta w Windowsie, linuks na zwyklym blaszaku, maczek, a moze wlasnie linux, albo winda na macu
Przecie mac z macosx jest taki banalny 
W cubiku mam przecie identyczne jak w pecetach tamtego okresu ati rage 128 pro, pamieci, dysk, usb, firewire. No i tez zostal wyprodukowany w dalekiej Azji (Singapur). Apple tylko zaprojektowało jak te standardowe elementy zgrabnie złożyć do kupy, elegancko obudować i napisało sterowniki by śmigał na tym MacOS.
Poza tym jest jeszcze pare etapow do przeskoczenia: standardowe plyty glowne, standardowy bios, standardowe systemy chlodzenia, obudowy chiefteca z naklejka apple